Oczywiście, czytanie Agambena i o Agambenie w momencie, gdy wydarza się Narodowa Tragedia i ginie Pierwszy Obywatel, jest czystym przypadkiem. Nietrudno jednak umiejscowić tę lekturę w szerszym planie, który, niby niewidoczny, lecz kłopotliwie obecny – jak wulkaniczny pył – przewijał się przez cały smoleński dyskurs. To oczywiście plan mesjanistyczny – narracja o zewie ofiar Katynia i o daninie krwi, dzięki której dusze zamordowanych, uwolnione z dziejowego purgatorium, z historycznej umbry, znalazły wreszcie spokój. W tym symbolicznym porządku, w którym wszystko ma sens, wszystko jest albo tragiczną ironią Historii, albo Znakiem Niebios, sens ma też Agamben.
Kluczowa figura pisarstwa Agambena to homo sacer – człowiek wywłaszczony z życia politycznego, pozostający nagą, biologiczną egzystencją, taki którego można zabić, ale którego nie sposób złożyć w ofierze. W tym kontekście śmierć Lecha Kaczyńskiego odczytywana jako ofiara wpisuje się agambenowski porządek. Czy może być bowiem życie bardziej polityczne od życia Lecha Kaczyńskiego? Zanurzony w urządzeniach Władzy, wtłoczony w celebrę, był do tego stopnia zjawiskiem spektakularnym, elementem spektaklu, że jego człowieczeństwo, jego biologiczne życie dotarło do zbiorowej świadomości dopiero w momencie, gdy się skończyło. Ze zdziwieniem konstatowaliśmy, że Prezydent był także Człowiekiem. Wszak media po katastrofie pełne były przekazów, które odpolityczniały Lecha Kaczyńskiego, zwracając mu realne, biologiczne życie…
Powracające w debacie refleksja – „w takiej chwili nie jesteśmy politykami, jesteśmy ludźmi” – przy całej szlachetności towarzyszących jej sformułowaniu intencji ujawniała swoją napawającą grozą drugą stronę: wtedy, gdy jesteśmy politykami, nie jesteśmy ludźmi. Nagie życie, którego sam Lech Kaczyński doznał jedynie w sekundzie jego utraty, i które my w nim wyczuliśmy, każdy z nas, w chwili, w której dotarła do nas wiadomość o katastrofie – oto, co spowodowało to nienazywalne uczucie, to ukłucie niezapośredniczonej rzeczywistości, które każdy wtedy odczuł.
Spektakl, w naturalnym odruchu samoregulacji, natychmiast jął to wrażenie, tę wyrwę przetwarzać i oswajać na jedyny znany sobie sposób – mediatyzując. Stąd właśnie wszystkie te zdjęcia prezydenckiej pary w czułych objęciach, czarno-białe telewizyjne ujęcia na tle muzyki Chopina. Media musiały poradzić sobie z zoe, nagim życiem, by móc powrócić do bios, biografii Lecha Kaczyńskiego… I tak nawet się nie obejrzeliśmy, gdy celebra, gdy spektakl znów uderzyły z całą mocą, w takt bicia dzwonów i marszowego kroku. Dym z kadzideł i dym z salw honorowych pospołu zakryły przed nami ludzki wymiar tego na wskroś politycznego życia – znów i tym razem na zawsze.