Veni, Vidi, Vinci
Dla P.
Rzecz niebanalna: mam marzenie. Obrazoburcze, ba, świętkoradcze nawet! Marzy mi się mianowicie pójść w ślady aktora Olbrychskiego, który wiedziony sarmacką fantazją wlew ciął w Zachęcie swój wizerunek, uprzednio przetransponowany w dzieło sztuki przez Piotra Uklańskiego. W ślady posłów LPR, którzy Bóg tylko dobry wie czym wiedzeni postanowili zdjąć ciężar meteorytu z barków gipsowej figury Jana Pawła II, nałożony tam przez artystę Catellana. Cel obrazoburstwa obrałem dość banalny – Mona Lisę mianowicie. Wiedziony zapewne tym samym instynktem przekory co osiemdziesiąt lat temu Marcel Duchamp domalowujący Giocondzie wąsy, Mistrzowi pozostawiam oryginalność, sam wybieram ostateczność. Ukraść, zniszczyć bezwględnie i komisyjnie, resztki rozsypać z platformy wiertniczej. Cóż pocznę, że brzmi to infantylnie, jak niewczesne pogróżki futurystów. Skoro po kradzieży w 1911 roku udało się Mona Lisę odzyskać (jakże miła jest mi myśl, że o zbrodnię tę wtedy podejrzewano samego Apollinaire’a!), trzeba działać stanowczo.
***
Ale dlaczego – zapyta ktoś – tak złorzeczę Mona Lisie? Bo widziałem ją ostatnio. Jej uśmiech jeszcze nigdy nie był tak pusty.
***
Mona Lisa jest celebrity w świecie sztuki – słynie z bycia sławną. Fakt ten przysłania nie tylko jej niewątpliwe walory artystyczne, ale również cały dorobek Leonarda Da Vinci, którego pozostałe dzieła wiszące w Luwrze rzesze turystów mijają zupełnie nieświadome i niezainteresowane. Wcześniej minąwszy w podobnym pośpiechu cały zgromadzony tam przekrój renesansowego malarstwa europejskiego, z Giottem i Cimabuem na czele
Mona Lisa nie istnieje już właściwie jako obiekt – jedynie jako obraz. W całości pochłonięta przez świat Baudrillardowskich symulakrów stała się ikoną samej siebie, symbolem arcydzieła tak symbolicznym, że rozłączenie jej wizerunku od fizycznego nośnika, płótna czy faktury farb, zyskało wymiar nie tylko mentalny, ale także rzeczywisty – oddzielona od widzów barierkami i grubą szybą nie pozwala się poznać w żaden inny sposób niż tym samym powierzchownym spojrzeniem, którym obrzucamy miliony jej reprodukcji.
Mona Lisa z Luwru się już po prostu – spójrzmy prawdziwe w oczy – nie broni. Przerosła, zmniejszyła, upokorzyła ją Mona Lisa Turbo zamieszkująca w muzeum popwyobraźni. Ci, którzy mają odwagę – jak P. – przyznają się do rozczarowania. Pozostali przeżywają gorycz w ciszy, z ulgą odhaczając Giocondę na liście must-see, jak Wieżę Eiffle’a czy Łuk Triumfalny.
***
To spojrzenie już nie dotyka. Uśmiech nie dotyka. Wypada zacytować Duchampa: Nic nie jest wart obraz, który nie szokuje.
lipiec 26, 2007 at 5:29 pm
a jak na przykłąd ktoś poszedł jednak do luwru i spojrzenie mona lisy zrobilo na nim -mimo wszystko- pironujące wrażenie? czyż to nie kwestia osobnicza, że do jednego przemawia chuj a do drugiego picza?
lipiec 26, 2007 at 11:37 pm
No jak ktoś poszedł i zrobiło to generalnie wesołych świąt – w wolnym kraju żyjemy. Na mnie niekoniecznie.
lipiec 28, 2007 at 5:29 pm
veni, vidi, vomit…
sierpień 1, 2007 at 3:44 pm
Wiesz co Jakub? Myslę, że czas zmienić dilera.
sierpień 1, 2007 at 5:18 pm
Apage!
sierpień 8, 2007 at 9:35 pm
A ja się z Toba zgadzam i podzielam Twoje zdanie w stu procentach. Mnie tez nie zachwycila, co wiecej wrecz mnie odepchenla. Nie jestem pewna czy sam obraz wywolal we mnie takie wrazenie czy caly entourage, gdzie masa ludzi pedzi do Mona Lizy po to zeby wystawic aparat do gory i zrobic zdjecie… co tam ze z lampa, ktora odbije sie od szyby… ale jest… mission complete… Luwr zaliczony. Najgorsze ze brak juz spontaniczonosci w obserowaniu tego obrazu. Wiesz co masz zauwazyc. Nie ma tej ciekawosci odkrycia czy mozliwosci spostrzezenia czegos nowego. Mona Lisa nie ma zadnej tajemnicy i to chyba jest najsmutniejsze.
W dodatku mam wrażenie ze cały Luwr jest jak hipermarket z obrazami. A sztukę trzeba smakować, uwaznie obserwowac i odkrywac na nowo. W Luwrze wsrod tysiecy turystow, gdzie ciagle myslisz, ile sal jeszcze ci zostalo do przebiegniecia, nie ma ani atmosfery ani czasu aby “posmakowac” tej wielkiej sztuki. Smutne ale prawdziwe.
ps. Pozdrawiam goraco.
Ania
marzec 27, 2008 at 11:47 pm
pominę swój sarkazm w kwestii komentarzy do tego tekstu bo są co najmniej dziwacznie usilnie wydumane
i choć mogą to być Twoi znajomi Kubo to wybacz mi mój brak szacunku do ich opinii. Tekst na TAK Myślenie na TAK. Ode mnie brawa.
kwiecień 3, 2008 at 8:51 pm
P.S. głupi ten komentarz mój że szkoda
ale doszłam do tego po jakimś czasie i z różnych względów