Timeo
Nie boimy się już Boga. To jedyny strach, od jakiego udało nam się uwolnić.
***
P. zwróciła mi ostatnio uwagę na fragment artykułu z jakiejś brytyjskiej gazety. Oto wiekowa obieżyświatka, pośród praktycznych rad dla sobie podobnych, zawarła celne spostrzeżenie: podstawowe przez setki lat formy podróżowania, takie jak piesza wyprawa, jazda konna bądź wędrówka ze zwierzętami jucznymi, nagle urosły do rangi snobizmu bądź dziwactwa. Co więcej, wyruszenie w jakąkolwiek podróż – zwłaszcza samotną – stało się równoznaczne ze ściągnięciem na siebie niebezpieczeństwa. Jesli kogoś spotka w trakcie podróży jakieś nieszczęście, zakładamy, że sam jest sobie winien – w tym sensie, że nieszczęście to było nieuniknione. W oczachwspółczesnych ktoś, kto opuszcza bezpieczne więzienie swojego stylu życia, narażając nagie, biologiczne życie poprzez wydanie go na pastwę Innego, jest a priori podejrzany.
***
Chyba najbardziej uczulonym na wszechobecną biopolitykę strachu współczesnym myślicielem jest Frank Furedi. Wprowadza on m.in. koncepcję podziału na lęki wysokie i niskie (pozwolę sobie pozostać przy tym niezręcznym, własnym tłumaczeniu). Co się tyczy współczesnych lęków wyższego rzędu, za przypadek archetypalny uznać należy zimnowojenne zagrożenie wojną jądrową – gdy go zabrakło, jego funkcje przejęły lęki związane z naturą, a zwłaszcza ludzką w nią ingerencją, jak niegdyś AIDS czy fantazmatyczna dziura ozonowa, a dzisiaj globalne ocieplenie lub ptasia grypa.
Lęki niskie to te, które uporczywie zatruwają nam codzienne życie. To strach przed kryminogennym środowiskiem miejskim i prymitywnym środowiskiem pozamiejskim, strach przed chorobami, przed ubóstwem, przed molestowaniem – słowem, przed każdym niechcianym doświadczeniem. Ten psychologiczny odpowiednik rosnącej skłonności kolejnych pokoleń do alergii zgrabnie określa Žižek mianem logiki wiktymizacji. Pociąga nas rola ofiar, więc stajemy się nimi, nieświadomi, że sami siebie okradamy z życia.
***
Skąd pochodzi ten wszechobecny strach przed Innym? Warto przyjrzeć się refleksom Lacana w interpretacji Jacquesa-Alaina Millera:
Oto stabilny porządek symboliczny wymusza na niepokornych jednostkach samobójcze próby wyrwania się z niego. Gdy sam porządek wydaje się zagrożony, rewolta zostaje wchłonięta przez system – uznana zostaje jako operator przejścia od jednej formy establishmentu do drugiej (vide losy pokolenia Marca ’68). Wreszcie dochodzimy do momentu, gdy żadna forma transgresji nie jest możliwa, bo wszlekie jej formy są implicite zawarte w obowiązującym liberalnym paradygmacie. Ale oksymoroniczny eksces-w-ramach-systemu z definicji nie może przynieść prawdziwego wyzwolenia. By posłużyć się analizą Žižka, przejście od traumatycznej Rzeczy do lichettes, a więc namiastek, lifestylowych drobin jouissance, nigdy się nie udaje, pozostawiając nas sam na sam z Rzeczą i w jej cieniu. W cieniu katastrofy „zagrażającej zburzeniem cennej równowagi naszych różnych stylów życia”.
***
Nasz strach bierze się więc ze spokoju – im mniejsze ryzyko zetknięcia z Innym, tym groźniejsze nam sie ono wydaje. Pochłonięci troską o swoje biologiczne bycie, zanurzeni w zalegalizowanych ekscesach, nie przestajemy marzyć o wyzwoleniu. Śnimy o wolności, drżąc przed nią na jawie.
styczeń 15, 2009 at 5:07 pm
Ależ Jakubie!
Toż to lęki mieszczanina z lat pięćdziesiątych, fanatycznie utożsamiającego się z własną klasą oraz wyznającego etos postępu tożsamego z unifikacją. Innymi słowy, widza “Star Treka”.
Przecież ponowoczesna kultura, jak zwraca uwagę Lacan, unieważnia pojęcie Innego, albo nadaje mu wartość pozytywną i pragnie afirmować w imię budowania, że się posłużę tym samym cytatem “cennej równowagi naszych różnych stylów życia”. Przecież stąd afirmacja mniejszości seksualnych albo tradycyjnych wierzeń Indian. Podejrzany nie jest już Inny, tylko Własny, hołdujący bez umiaru swojskości – dlatego grozę budzi arabski terrorysta, który odrzuca afirmację różnic światopoglądowych i wyraźnie kreśli linię ideologicznego podziału, lokując nas na pozycji Innych, albo konserwatywny ksiądz, który reprezentuje naszą własną, wstydliwie odrzucaną tożsamość.
Sam sobie winny jest ten, kto wchodzi między ludzi widzących w nim Innego, a nie wkraczający między Innych. Bo ten drugi jest romantycznym podróżnikiem, który odrzuca europocentryzm, kolonializm i całe to brzemię białego człowieka, a w nagrodę spotyka poczciwych dzikusów, jak z Rousseau.
Natomiast lęk kosmiczny, przed siłą, która nas unicestwi, jeżeli nie będziemy odpowiednio bezgrzeszni – o, tu pełna zgoda. Zwłaszcza w zestawieniu z Bogiem. Przecież wyznawanie ekologii to tylko wariant religijności, dostosowanej do dzisiejszych gustów.
pozdrowienia!
styczeń 15, 2009 at 9:33 pm
Majkoszu, ale ja stuprocentowo zgadzam się z Twoją diagnozą!
Dokładnie o to mi chodziło – kiedy system, broniąc się, internalizuje wszelki eksces, spotkanie z Innym staje się ex definitione niemożliwe (bo nie ma już Innych – przestali być nimi geje, Indianie, Inuici, osoby permisywne seksualnie).
Być może po ‘68 roku – kiedy to rewolta została obłaskawiona, wciągnięta w orbitę systemu, początkowo jako po prostu jeszcze jedna opcja, a w końcu jako jej model obowiązujący (w sferze stosunków społecznych – nie ekonomicznych!) – więc być może od tego czasu jedynie kontrrewolucja jest zdolna do odnalezienia w sobie prawdziwie wywrotowego potencjału.
To wyjaśniałoby liczne pokrewne sobie zjawiska, jak np. grozę, jaką budzi muzułmański terroryzm czy nieustającą popkulturową fascynację nazizmem. To wszak ta sama wyklęta przez nowoczesne i ponowczesne dyskursy Swojskość, powracająca w wynaturzonej, ekstremalnej formie. To Swój, który stał się Innym gdy Inni stali się nami.