Panojciec
Czas unicestwia różnorodność. Z biegiem lat każde pisanie okazuje się pisaniem o Ojcu.
***
Historia świata jako historia rodu, historia rodu jako historia kolejno następujących po sobie ojców, którzy przecież w końcu (patrz wyżej) i tak okazują się jednym Ojcem. Quasi-historyczne fantasmagorie i realna groza, upadek świata niczym z proustowskiej epopei i wdarcie się w wyidealizowaną historię węgierskiej arystokracji dwudziestowiecznych barbarii – każda ścieżka kunsztownej silwy Esterhazyego wiedzie wprost ku Ojcu i idei ojcostwa, zwłaszcza oglądanych z dziecięcej perspektywy.
Dziesiątki, setki stron, tysiące słów, dziesięć lat pracy nad powieścią, by poradzić sobie z czymś, z czym poradzić się nie da, by ogarnąć to, co nieogarnialne. By zrozumieć Ojca, wybaczyć Ojcu, powrócić do Ojca, by odmienić go przez wszystkie przypadki… Oczywiście, to się Esterhazyemu nie mogło udać. Wystarczyło jednak do stworzenia arcydzieła.
***
Ojciec z Wielopola, Wielopola. Andrzej Wełmiński – Marian Kantor. Bełkoczący wrak na wpół umarły. Mój ojciec nie wrócił z pierwszej wojny światowej: nie poległ, tylko nie wrócił – pisał sam Kantor. Ojciec, nieustannie mielący w ustach przekleństwa, wyrzucający z siebie kurwy i chuje z szybkością karabinu maszynowego.
Aparat fotograficzny przemieniający się w kulomiot to jeden z najbardziej przerażających przedmiotów w Wielopolu. Istnieje tylko to, co się widzi – kolejny cytat z Kantora – ale też spojrzenie nigdy nie jest bezkarne. Obserwacja – jak dowodził Heisenberg – wpływa na proces. Obiektyw nie jest obiektywny. Miejsce kliszy zajmuje taśma z nabojami, metaforyczne zatrzymanie na niej życia staje się zatrzymaniem rzeczywistym i ostatecznym.
***
Ojciec, który nie wrócił, powraca do Wielopola jako upiorny manekin – manekin, któremu współczujemy, ale z którym nie potrafimy współodczuwać. Ojciec Esterhazyego jest tak samo niepojęty, nieodkryty, mimo setek stron genialnej prozy – po prostu nie-do-opisany.
A mój? A Twój?