Gdy pisze się ciszą

Posted lipiec 19, 2007 by kubajanicki
Categories: Uncategorized

Pisanie jest nie wróżącą powodzenia, nienaturalną czynnością. Zajęciem właściwym człowiekowi jest czytanie – czytanie tego, co napiszą ci, którzy nie potrafili obrać strony milczenia. Nie-pisać można z wielu powodów: z przekonania, że wszystko zostało już napisane bądź z przekonania, że nic nie zostanie napisane nigdy. Z pogardy dla świata lub z olśnienia życiem. Z braku słów albo z ich nadmiaru. Można nie odezywać się w ogóle, można zamilknąć nagle. Do Nie prowadzą tysiące dróg.

***

Po raz pierwszy z konceptem Nie zetknąłem się wiele lat temu, odkrywając u Eco pasaże poświęcone doskonałemu czytaniu – czy też doskonałemu czytelnictwu – które miałoby, o ile dobrze pamiętam, nie ustępować doskonałości w pisaniu, a więc byłoby po prostu wyborem, a nie rezygnacją. Pełne rozwinięcie tej pociągającej i kunsztownej myśli przynosi Bartleby i spółka – powieść-esej Enrique Vila-Matasa, niezwykłego hiszpańskiego autora tworzącego w duchu Borgesowkiej Biblioteki.

Vila-Matas w tym eseju w fomie przypisów do nieistniejącego tekstu (acz zabieg ten ma znaczenie wyłącznie symboliczne, nie wpływa bowiem na samą formę dzieła) mnoży tropy, anegdoty i uwagi o pisarzach Nie. Tytułowy Bartleby to postać z Melville’a – odgradzający się od życia urzędnik, którego jedynym buntem było odpowiadanie na każdą sugestię aktywności kongenialną frazą: – Wolałbym nie.

Obok Melville’a pojawiają się u Vila-Matasa Sterne, Rimbaud, Musil, Zweig, Gombrowicz… Zdaje się w pewnym momencie że milknącymi bądź piszącymi o milczeniu autorami stoi literatura – i nie może być inaczej, bo wszak wszelka twórczość to zmaganie się z Nie. Vila-Matasowi zależy na podkreśleniu, że wycofanie się nie musi oznaczać porażki – że, jak pisze cytując kogoś, być może największym dziełem Duchampa był jego rozkład dnia.

***

Jedno znam jeszcze wspaniałe Nie, którego Vila-Matas nie cytuje:

Szczęśliwy ten, kto w życia święto
Nie dopił wina aż do dna,
Kto powieść życia rozpoczętą
Potrafił przerwać tak jak jak,
Kto się z powieścią, kto się z winem
Rozstał, jak ja z mym Onieginem

 

Biuro

Posted czerwiec 18, 2007 by kubajanicki
Categories: Media, Ogólne

Na marginesie serialu The Office – wypis z Rewolucji u bram Žižka. Bez komentarza, bo nie jest tu do niczego potrzebny.

Tradycyjne figury zwierzchności [authority], takiej jak szef czy ojciec, wymagają, aby traktować je z właściwym szacunkiem, w zgodzie z formalnymi zasadami; wymiana nieprzyzwoitości i żartobliwe uwagi mogą odbywać się za ich plecami. Dzisiejszy szef lub ojciec, wprost przeciwnie, nalegają byśmy traktowali ich jak przyjaciół. Zwracają się do nas z natarczywą familiarnością, bombardują nas seksualnymi insynuacjami, zapraszają nas na drinka albo opowiadają sprośne dowcipy. Wszystko to ma ustanowić więzi męskiej solidarności, podczas gdy sama relacja zwierzchności – czyli nasze podporządkowanie szefowi – nie tylko pozostaje nietknięta, ale jest traktowana jako rodzaj sekretu, którego trzeba dochować i nie mówić o nim. Dla podporządkowanych tego rodzaju sytuacja jest dużo bardziej klaustrofobiczna niż tradycyjna zwierzchność. Dzisiaj jesteśmy pozbawieni nawet prywatnej przestrzeni ironii i żartu. Szef panuje na obu poziomach: zarówno jako zwierzchnik, jak i przyjaciel.

Sześćdziesiąt osiem

Posted czerwiec 10, 2007 by kubajanicki
Categories: Literatura, Ogólne

Tamtego maja wszyscy byli niemieckimi żydami, a widmo krążyło nad Europą jak niebieski dym z Gitanów Jean-Paula nad stolikami w Café de Flores. Tamtego maja powtarzano, że pod chodnikami kryją się plaże, więc bruk leciał gęsto w stronę w policji. Tamtego maja po raz pierwszy od dawna na horyzonie zamajaczyła tak wyraźna ułuda wolności.

***

W przyszłym roku minie 40 lat od wydarzeń Maja ’68, a my wciąż jakby ze zdumieniem odkrywamy, że pozorna porażka jego ideałów nie oznacza, iż nie znalazły one swojego miejsca w europejskiej świadomości. Liberalny dyskurs, na którego światopoglądowy dyktat w zjednoczonej Europie tak lubią utyskiwać typy endekoidalne, to przecież w dużej mierze właśnie pokłosie roku 1968. Jednak majowa rewolta wywarła wpływ nie tylko na debaty polityków i badaczy, lecz przedostała się także do krwioobiegu kolejnych pokoleń Zachodu, stawiając je w obliczu nowego paradygmatu stosunków międzyludzkich. Przypuszczając szturm na fortecę (a więc burgus) burżuazyjnego moralnego porządku, rewolucjoniści Maja ’68 nie mogli przypuszczać, że zamiast doprowadzić do wolności, rozumianej jako odwrotność porządku, w rzeczywistości doprowadzą do ukonstytuowania odwrotnego porządku – czegoś w rodzaju burżuazyjnej, a-moralnej mentalności a rebours.

***

Jednym z najbardziej wnikliwych pisarzy analizujących wpływ tej ukształtowanej przez Maj ’68 mentalności na życie społeczeństwa, nazwijmy je tak, postburżuazyjnego jest Philippe Djian. Jego kolejno ukazujące się po polsku powieści to bezlitosna i beznamiętna chirurgia dokonywana na organizmie bogatych francuskich przedmieść, zamieszkanych przez artystów, lekarzy, przedsiębiorców… Chciałoby się rzec: przez klasę wyższą, gdyby nie to, że wywodzący się z niej bohaterowie upadają bardzo nisko – poznajemy ich zanurzonych bądź to w ciągnących się przez całe życie toksycznych relacjach z najbliższymi (Frykcje), bądź w nihilistycznym dzieciństwie bez dzieciństwa (Nieczystości), bądź też wreszcie w odurzającej mieszance promiskuityzmu i narastającego szaleństwa (W stronę niewinności).

***

W odróżnieniu od Houellebecqa, Djian nie stawia wprost diagnoz ani nie bawi się w wymyślanie coraz to nowych i bardziej absurdalnych recept na beznadziejną kondycję ludzkości. Zupełnie wystarczy jego suchy opis, pierwszoosobowa narracja, z której biegiem odkrywamy, że tuż pod chodnikowymi płytami, tuż pod podłogą zamiast plaż kryje się piekło. Piekło, którym nie są, jak kiedyś, inni, ale wszyscy – wszyscy naznaczeni duchem Maja ’68.

I am Providence

Posted czerwiec 5, 2007 by kubajanicki
Categories: Literatura, Ogólne

Świat jest złem. Życie jest nieszczęściem. Ludzkość jest przypadkiem. Wszelka metafizyka jest kłamstwem, droga przez narastające z wiekiem, z wiekami okrucieństwo pozostaje bezcelowa.

***

Tak w Przeciw światu, przeciw życiu Michel Houellebecq streszcza, czy może lepiej, tak widzi dzieło H.P. Lovecrafta. W horrorach Pustelnika z Providence zwraca uwagę na horror egzystencji – z podziwem pisze o biernym obrzydzeniu, jakie nieustannie przejawiał wobec życia Lovecraft, o balansowaniu na krawędzi apatii, przełamanym jedyną formą aktywnej nienawiści, jaka przystoi dżentelmenowi, to jest pisaniem.

***

W odróżnieniu od wielu głównonurtowych autorów pochylających się nad wybitnymi dziełami z dziedziny kultury popularnej, Houellebecq nie czuje się zmuszony usprawiedliwiać fantastycznego sztafażu utworów swojego idola. Nie sugeruje, że – by dzieło Lovecrafta mogło cieszyć się należnym mu uznaniem – trzeba Wielkich Przedwiecznych zamknąć w wygodny cudzysłów metafory czy eskapizmu. Oczywiście, jest to w dużym stopniu konsekwencją absolutnie nieprzymilnej postawy twórczej Lovecrafta, braku zainteresowania popularnością posuniętego do skrajności, która czyni klasyfikowanie go jako autora literatury popularnej po prostu śmiesznym. Nie bez znaczenia pozostaje jednak postawa samego Houellebecqa, traktującego fantastykę jako literaturę per se. Takie podejście pozwala mu ujrzeć w Lovecrafcie znacznie więcej, niż lubiący podkreślać mitotwórczy aspekt jego tekstów badacze fantastyki czy psychologizujący literaturoznawcy, chcący widzieć w nich tylko odbicie psychiki autora.

***

Znacznie więcej – te słowa w ogóle dobrze pasują do Przeciw światu, przeciw życiu. Bo Lovecraft to w świetle tej książki znacznie więcej niż pisarz-samotnik – to stwórca, demiurg i prorok porażającego swą konsekwencją systemu niewiary w życie. A esej Houellebecqa to znacznie więcej niż esej – to wyznanie wiary w tę niewiarę.

Piekło duszne

Posted maj 23, 2007 by kubajanicki
Categories: Literatura, Ogólne

Upał to stan umysłu. Chciałem o tym napisać. O upałach i opałach.

***

O meksykańskim wiezięniu Stillera-nie-Stillera z powieści Frischa. O suchym wietrze znad pustyni u Chandlera, pod wpływem którego robi się rzeczy których się nie robi. O gęstej od tajemnic tropikalnej parnocie z dzieł Choromańskiego, mistrza w kreowaniu klimatów w każdym znaczeniu tego słowa (bo przecież mrożący krew w żyłach Biali bracia to też jego). O duchowej duchocie i piekielnej spiekocie panujących pod wulkanem i osaczających Konsula z każdej strony prozy Lowry’ego…

***

Chciałem o tym wszystkim napisać. Ale nie napiszę. Nie mam siły.

Brzmienie, brzemię

Posted kwiecień 25, 2007 by kubajanicki
Categories: Literatura, Ogólne

Kiedy zacząłem pisać, wcale nie wiedziałem,
co naprawdę wybieram, ile za to płacą
i że w tak krótkim czasie stane się bogaty,
i jeśli czegoś zechcę, zaraz to dostanę.

Tomasz Różycki

***

- Dlaczego to napisałeś – brzmiało pytanie, na które nie potrafiłem odpowiedzieć. A przecież udzieliłem na nie odpowiedzi zaledwie kilka dni wcześniej, w rozmowie. Powiedziałem: mówimy, żeby przestać myśleć. Teraz dodaję: piszemy, żeby przestać mówić.

***

Każde nienapisane słowo jest męką podobną do męki słowa niewypowiedzianego. Niemówienie pozostawia nas sam na sam z niezakotwiczonym myśleniem, niepisanie – z efemerydą mowy, która rzadko trwa wystarczająco długo, by wybrzmieć. Wy-brzmieć, oto zadanie pisania, a jego paradoks polega na tym, że brzmieć według słownikowej definicji to «być słyszanym, przejawiać się jako dźwięk, głos». By to, co komunikujemy, wy-brzmiało w pełni, musi najpierw zostać w ciszy zapisane, a później w ciszy odczytane. Signifiant i signifié spotykają się w milczeniu, więc cisza bywa nie tylko znacząca, ale i znaczona.

Wódka jest boska

Posted kwiecień 17, 2007 by kubajanicki
Categories: Literatura, Ogólne

Niejaki Richard Klein – o ile nie myli mnie pamięć – popełnił kiedyś dziełko zatytułowane przewrotnie Papierosy są boskie. Traktowało ono o kulturotwórczej roli papierosa na przykładzie kilku wybranych dzieł (m.in. Carmen Merimeego) i kierunków w popkulturze (oczywiście kino noir). Sam esej raczej mnie zawiódł, ale tematyka ujęła i od tamtego czasu marzę o napisaniu pewnego dnia utworu analogicznego, tyle że poświęconego kulturowej roli alkoholu, a zwłaszcza zależności pomiędzy piciem autora i piciem tworów jego wyobraźni.

***

Raymond Chandler zapijał się szaleńczo. W ostatnich latach życia zdarzało mu się budzić w nocy i pełznąć po podłodze w stronę barku. Tymczasem stworzony przez niego Marlowe, choć popijał bez przerwy, nigdy nie miał z tego powodu najmniejszego problemu. Butelka była (do czasu Pudlego Zdroju, ostaniej, niedokończonej powieści Chandlera, w której Marlowe się żeni) jedyną nieodłączna towarzyszką życia detektywa i jako taka wiernie stała u jego boku. Nigdy go nie zdradzała.

Zdradziła za to Konsula. Mój zaginiony egzemplarz Pod Wulkanem, kupiony w antykwariacie, zdobiła zielona pieczęć z napisem Wygrana Loteryjna – w kontekście powieści nie mniej ironicznym niż słynne zdania: ¿Le gusta este jardín, que es suyo? ¡Evite que sus hijos lo destruyan!.

Konsul pił tequilę. Marlowe przede wszystkim bourbona, choć nie gardził też ginem – podobnie jak bohaterowie Klubu Dumas Pereza-Reverte, którzy z piątym bodajże kieliszkiem przekraczali smugę cienia i brali się za licytowanie na znajomość członków załogi Peqouda. Fabio Montale, błędny rycerz Marsylii, popijał w samotności lagavulina.

***

Ja piłem shoty o smaku gumy do żucia w Charlie Birdy przy Polach Elizejskich. Mojito za dziesięć dolarów od szklanki w Kijowie. Rum Senorita zagryzany końskim kabanosem pod Mostem Grunwaldzkim. Whisky z przyjaciółmi. Ciepłe piwo w Warsie. Wódkę z ice tea kiedy spadał pierwszy śnieg. Cavę przepalaną cygarem gdy mijał poprzedni rok. Pinot Grigio gdy zaczynał się obecny.

Picie się pisze. Życie się pije. Dno wiecznie czeka na odkrycie.

Jamais vécu

Posted kwiecień 9, 2007 by kubajanicki
Categories: Uncategorized

Nie wiem, skąd się wziąłem. Chwila zaistnienia to chwila nigdy nieprzeżywana. Jamais vécu.

***

Osobnicze życie jest owocem in-karnacji. In-karnacją nazywam u-cieleśnienie rozumiane jako moment pojawienia się w ciele jednostki jednostkowej świadomości. Moment wciąż nieuchwytny dla nauki i frapujący dla tradycji myśli. To, co odwołując się do Greków można by nazwać miejscem spotkania zoe, archetypu życia nieśmiertelnego, z bios – życiem konkretnym, jednostkowym, potencjalną biografią, stanowi nie tylko polę badań, ale także rywalizacji różnych nauk i szkół. Mimo obiecujących eksperymentów i spekulacji neuronalnych wciąż brak koncepcji wiążących model działania umysłu na poziomie psychologicznym z neurofizjologicznym. Rozumienie czy nawet zdolność do symulowania procesów nie wyjaśnia tajemnicy powstania odpowiedzialnych za nie mechanizmów. Wymyka nam się nie tylko pochodzenie, ale nawet sama istota “życia świadomego”.

***

Nieświadomość tego, kiedy kształtuje się nasza świadomość – bo granicą świadomego życia jest późniejszy moment poznania mowy, wyjścia z nie-mowlęctwa – doskwiera równie mocno jak niemożność usytuowania w czasie i przestrzeni aktu, w wyniku którego zostaliśmy poczęci. Tak oto konstytuują nas dwie tajemnice, które kładą się cieniem na całym naszym istnieniu i które pozostają sekretem aż po nadejście tajemnicy trzeciej – tej, nad którą triumf głosi chrześcijańska Wielkanoc.

Byle nie byle jak

Posted kwiecień 1, 2007 by kubajanicki
Categories: Literatura

Zwykle się zgadzam z Krzysztofem Rutkowskim. Daje się ponieść jego przepowiadaniu, nie kwestionuje wytyczonej erudycją autora marszruty. Jednak jego najnowszy tom „Ostatni pasaż” – zbiór refleksji nad Społeczeństwem Widowiska zainspirowany pracami Guya Deborda i Giorgio Agambena – wzbudził we mnie pewne wątpliwości. Nawiązując do złożonej i błyskotliwej Debordowskiej koncepcji łatwo popaść w totalną krytykę współczesności, maskującą się jedynie jako wnikliwa jej analiza. Rutkowski granicę tę, moim zdaniem, kilkakrotnie przekracza.

Nie chcę tu prezentować swojego stanowiska w kwestiach śwatopoglądowych, choć uważam, że poddawanie w wątpliwość zasad politycznej poprawności, której sam zresztą jestem zajadłym przeciwnikiem, nigdy nie powinno osuwać się w manifestowanie pogardy dla inności. Wierzę, bo znam go z jego życio-pisania, że Krzysztof Rutkowski jest człowiekiem zbyt dobrym, być chorować na pogardę – i fragmenty jego pracy w których ją wyczułem można odczytać zupełnie inaczej.

Za całkowitą pomyłkę uważam jednak jednoznaczne odczytanie i całkowitą krytykę, jakiej poddaje autor pisarstwo i postać Michella Houellebecqua. W oczach Rutkowskiego wyrasta on na postać wręcz groteskową – opętanego żądzą łatwej sławy herolda promiskuitywnego trybu życia, traktowanego jako sposób na skanalizowanie i objęcie kontrolą przez wszechobecne Widowisko popędu seksualnego wszystkich członków społeczeństwa. O ile teza o pozornym charakterze wyzwolenie, jakie niesie rewolucja seksualna, choć dyskusyjna, jest do przyjęcia, o tyle czynienie z Houellebecqua – autora wieloznacznego, niepewnego, niepoddającego się łatwym intepretacjom – kolejnego znacznego trybu w dobrze naoliwionej maszynie Widowiska jest po prostu nieporozumieniem.

Trudno się w twórczości Francuza doszukiwać pochwały zjawisk, które opisuje. Relacjonowane przez niego z maniakalną dokładnością akty seksualne nie przynoszą wyzwolenia bohaterom ani ulgi czytelnikom. Wyzwolony seks u Houellebecqua jest dalekim echem, ubierającą się w perwersję z rozpaczy tęsknotą za tą samą erotycznością, którą  tak ceni i o której tak czesto pisze Rutkowski: milczącą i wymuszającą milczenie, tajemną i wtajemniczającą, nieogarnioną i wszechogarniającą. Niebylejaką.

Rutkowski wprost wyznaje miłość miłości. Houellebecq poszukuje miłości bezpowrotnie utraconej. W ten sposób łączy ich miłość.

Rosyjski spleen

Posted marzec 19, 2007 by kubajanicki
Categories: Literatura

Trochę ostatnio rozmawiałem i w trakcie jednej z tych rozmów dane mi było usłyszeć, że męski smutek – ten najgłębszy i najwznioślejszy smutek-z-bycia-niekochanym, w którym się czułość wobec wybranki miesza z litością wobec siebie samego – wcale nie jest wzniosły, a po prostu i w oczywisty sposób żałosny.

Przyznaję, w toku rozmowy zabrakło mi argumentów na obronę owego specyficznie męskiego stanu. Jako typowy esprit d’escalier przyszło mi jednak do głowy kilka utworów traktujących o rosyjskiej duszy – tej tęsknej i smutnej, onieginowsko pięknej.

Pierwszy to tekst Jonasza Kofty, wykonywany przez Mariusza Lubomskiego.

Biełaja nocz` nieukojona
Bielą i bólem
Tiomnaja grust` uspokojona
Pistoletową kulą

W Sant Petersburgu w białą noc
Ktoś dziwny idzie ulicą
Lśnią załatyje epolety i biełoje lico
Skłamała mu Pikowa Dama
Od jej piękności ślepł
Przegrał, co kochał: żądzę, pieniądze
I zaraz sobie strzeli w łeb

Anastazja Pietrowna: Ramans

Anastazja Pietrowna, Anastazja
Kto ty jesteś?
Europa czy Azja?
Twoi biełyje ruki
Twoi czornyje głaza
Tak czornyje, czto bolsze nielzia!

Anastazja Pietrowna, Anastazja
Pół na pół wódka i małmazja
Tyś liryka, deliryka w sztok!
Anastazja
Proszę Panią
Odwróć wzrok!

Biełaja nocz` nieukochana
Bólem i bielą
Tiomnaja grust’ uspokojona
I lata dzielą

W Sankt Petersburgu w białą noc
Ktoś śmiał się w dorożce na moście
Śmiał się czy płakał, wsio rawno
Wszystko z miłości

A głos to taki gruby miał
I w takie uderzał forte
Że durak jamszczik wydumał:
Wiezu kakowa to czorta!

Anastazja Pietrowna: Ramans

Anastazja Pietrowna, Anastazja
Biełaja nocz` już zakończona
Bielą i bólem
Coś w dur zadrżało, a coś w moll
Urwanym trylem

W Sant Petersburgu białym rankiem
Dziewczyna odsuwa firankę
Gdzieś na Prospekcie tli się coś
Sinoróżowym dymkiem

Zasnął idiota nad ruletą
I piękny sen miał on
Cokolwiek będzie, wszystko nie to
Tak trudno trafić w tamten ton

Anastazja Pietrowna: Ramans

Anastazja Pietrowna, Anastazja
Kto ty jesteś?
Europa czy Azja?
Twoi biełyje ruki
Twoi czornyje głaza
Tak czornyje, czto bolsze nielzia

Anastazja Pietrowna, Anastazja
Pół na pół wódka i małmazja
Tyś liryka, deliryka, trans

Anastazja Pietrowna
Ja praszu Was
Ja praszu Was…

Para kanczit` ramans

Drugi zaś – tłumaczenie z Jaromira Nohavicy:

Gdy otula zmierzch dachy Petersburga
mnie ogarnia złość
w dali zniknął pies na chodniku skórka
chleba której nie chciał tknąć
Książę Igor poślubił mą kobietę
wódka i wigor, bawię się pistoletem
kruk złowieszczy na dachach Petersburga
diabeł nadał go
Ponad miastem lecą ptaki ślepe
w świetle krwawych zórz
giniesz duszo nieskończony stepie
pośród życia burz
Żal przepełnia me serce niewymowny
wszystko z powodu Nadieżdy Iwanowny
przez tę miłość będę z dziurą w skroni
rankiem leżał już

Tak chciałbym skończyć dyskusję o wzniosłości i jej braku. Choć biała, noc już ciemna. Para kanczit` razgawor.